REAKCJA KATOLICKA W POLSCE W KOŃCU XVI I NA POCZĄTKU XVII WIEKU

Odzyskiwanie przez katolicyzm pozycji utraconych w XVI wieku w Polsce pod naporem reformacji jest bardzo interesujące z wielu względów. Odbywa się ono niezwykle szybko, w ciągu niespełna pięćdziesięciu lat. Jeszcze za czasów Zygmunta Augusta, kiedy przenikanie nowych poglądów religijnych i filozoficznych rozsadza fundamenty Kościoła rzymskokatolickiego, kiedy podważa go krytyka polemistów i kiedy zwalczany jest zaciekle – i to zarówno przez ideologów religii uważanej przez nich za bardziej zgodną z Pismem św. i za wolniejszą od błędów, jak i przez magnatów patrzących chciwym okiem na dobra kościelne – Kościół rzymski broni się raczej nieudolnie. Ma on za sobą wielowiekową tradycję i materialne bogactwo kleru, ale zachowuje się biernie, jak gdyby ociężale w obliczu nader aktywnych przeciwników przewyższających go znacznie walorami intelektualnymi i środkami, jakimi dysponują w walce o swą sprawę. Najlepsze pióra służą reformacji albo co najmniej ostro krytykują nadużycia kleru i kurii rzymskiej. Nawet ci, którzy nie przechodzą otwarcie do obozu kalwińskiego, interesują się „nowinkami genewskimi“ i nie cofają się przed krytyką samych dogmatów. Najbardziej przedsiębiorczy i najpotężniejsi wśród magnatów – np. Górka lub Firlej w Polsce właściwej, czy Radziwiłł na Litwie – patronują tym, którzy przyjęli nową wiarę, a przykład ich pociąga za sobą wielką liczbę szlachty mniejszego kalibru. Dochodzi do tego, że za czasów króla Stefana, a nawet jeszcze w początkach panowania jego następcy, spośród świeckich członków senatu jedynie dwóch czy trzech nie jest protestantami. Jeśli idzie o ważniejsze miasta, lute- ranizm opanowuje większość z nich, a przede wszystkim miasta pruskie. W innych – bogate mieszczaństwo otwarcie objawia swe sympatie dla idei przybywających z Genewy, z Zurychu, z Niemiec. Najlepiej nawet zorientowani w sytuacji spośród współczesnych są niekiedy tak dalece w błędzie, iż przepowiadają polskiemu katolicyzmowi rychłą zagładę. I oto w bardzo krótkim czasie sprawy przybierają zupełnie inny obrót. Poczynając od r. 1573 protestanci nie czują się już bezpieczni i jedynym ich pragnieniem jest pozostać w spokoju na zdobytych pozycjach. Ofensywa ich słabnie w widoczny sposób, a niebawem oni sami przechodzą na pozycje obronne, podczas gdy katolicyzm rusza do natarcia, które z biegiem czasu przybiera na sile. Niespełna dwadzieścia łat później, w roku 1591, widzimy prześladowania protestantów w miastach, gdzie uczniowie kolegiów jezuickich napadają na zbory i puszczają je z dymem. Na próżno różnowiercy przedkładają skargi królowi oraz w sejmie, na próżno gromadzą się na wspólnym synodzie, aby radzić nad sytuacją: opinia najwidoczniej przestała sprzyjać ich sprawie. W najlepszym razie zyskują słowa współczucia od ludzi, którzy są wyraźnie zakłopotani. Ani potężni ich patronowie, ani ich polemiści nie pociągają już za sobą senatorów i posłów, nie znajdują posłuchu na sejmikach. Do uszu dworzan i szlachty trafiają teraz wywody arcybiskupa prymasa Karnkowskiego i kaznodziejów katolickich. Podczas gdy różnowiercy na próżno błagają o sprawiedliwość, demagogia Skargi, słynnego kaznodziei jezuickiego, może dać sobie swobodny upust w obecności samego króla. A przecież Skarga żąda ni mniej, ni więcej, tylko krwi. Minie jeszcze około dwudziestu lat i oto protestanci są już tylko tolerowani. Polska staje się na powrót z gruntu katolicka.

REAKCJA KATOLICKA W POLSCE W KOŃCU XVI I NA POCZĄTKU XVII WIEKU CZ. II

Szybkość tego zwrotu tym bardziej zasługuje na uwagę, że dokonał się on, jakkolwiek nie bez walk, i to bardzo ostrych, przecież naprawdę bez poważnych konfliktów zbrojnych. Od „tumultów“, rozruchów – których widownią, począwszy od roku 1591, stają się co pewien czas ulice Wilna, Krakowa, Poznania, a których ofiarą padają protestanci – daleko jeszcze do wojen religijnych. Znacznie bardziej krwawe i niszczące, znacznie hardziej zakłócające bezpieczeństwo publiczne są wojny prywatne, które w epoce Zygmunta III prowadzą między sobą magnaci, a które znajdą swego historyka w Łozińskim [1). Jeśli idzie o rokosz wojewody krakowskiego Zebrzydowskiego – rokosz, o którym będziemy jeszcze mówili nikogo, o ile wiem, nie wprowadziło w błąd ani to, że izyskał on poparcie licznych protestantów, ani to, że jednym ze swych haseł uczynił wygnanie jezuitów: jest to ruch w istocie swej polityczny, reprezentowany przez część magnaterii zagrożonej rosnącym wpływem nowych ludzi oraz tendencją króla do rządzenia według własnego widzimisię. Jeżeli już chcemy koniecznie znaleźć gdzie indziej analogię, to z rokoszem Zebrzydowskiego trzeba zestawić Frondę [21, nie zaś wojny religijne XVI w. Tak więc katolicyzm wzmocnił się w Polsce nie stosując środków przymusu. Zastraszenie odegrało tu rolę najzupełniej uboczną. Pozostawałyby jeszcze do rozpatrzenia takie czynniki, jak perswazja, korupcja i względy polityczne.

REAKCJA KATOLICKA W POLSCE W KOŃCU XVI I NA POCZĄTKU XVII WIEKU CZ. III

To prawda, że niejeden protestant mógł ulec argumentacji któregoś z kaznodziejów. Jednakże jako całość, polska i litewska szlachta folwarczna, nie będąc sceptyczna, była w istocie niepodatna na wpływy perswazji, o ile ta ostatnia nie szła po linii szlacheckich interesów klasowych. Najgorliwsi katolicy zakładają veto przeciw roszczeniom duchowieństwa do sprawowania rządu dusz, o ile mają to być dusze ich poddanych. Tak więc w roku 1553 biskup krakowski naraził się wobec całego sejmu na następującą odpowiedź ze strony kasztelana krakowskiego131: „Będę cię słu- phal, księżę miły, jeśli mi coś potrzebnego powiesz około zbawienia, ale żebym ci tego pozwolić miał, abyś ty miał mieć mego poddanego pod posłuszeństwem swym albo w jurysdykcji swej, tegoż ja tobie nie pozwolę“. I odtąd zasada wypowiedziana przez pierwszego świeckiego senatora Rzeczypospolitej zakorzeniała się coraz głębiej w opinii szlacheckiej, aż w roku 1573 uzgodniono, iż maksyma „cuius regio illias religio“ oznacza w Polsce, że szlachcic jest panem swych poddanych chłopów nie tylko w sprawach świeckich, lecz również we wszystkim, co dotyczy religii. Naw et szlachta katolicka nie zgadzała się, aby duchowna władza Kościoła mieszała się w stosunki panów z poddanymi, choćby panowie ci byli protestantami. Solidarność klasowa szlachty okazuje się znacznie silniejsza i bardziej skuteczna niż jej solidarność religijna. Nuncjusze papiescy gorzko się użalają na brak zapału u większości polskich katolików, którzy wprawdzie życzą sobie, aby ich religia była górą, ale gotowi są do wszelkich kompromisów, byleby tylko spokój w dziedzinie religii został utrzymany, a przywileje sianu rycerskiego nie poniosły żadnego uszczerbku. W sumie szlachta obawia się o wiele bardziej supremacji biskupów i jezuitów niż rozpowszechniania się herezyj. Kardynał Hozjusz, ów wielki bojownik w walce z reformacją w Polsce, przekonał się o tym wielokrotnie na własnej skórze.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>